Refundowane oszustwo
Producent nie musi powiadamiać o zaprzestaniu produkcji leku ministra zdrowia, a ten nie musi kontrolować, jakie „leki – cienie” są na jego listach. Zdaniem profesora Jacka Spławińskiego z Narodowego Instytutu Leków kompetencje dotyczące regulacji rynku leków rozrzucone są po rozmaitych instytucjach, a to zdecydowanie utrudnia im koordynację prac. Natomiast w opinii profesora Piotra Kuny, łódzkiego alergologa, „leki - cenie” są na listach w wyniku świadomego działania państwa, bo istnienie tzw. „wirtualnych leków” oznacza wielkie oszczędności. Na liście są przecież leki najtańsze, to one stanowią podstawę limitu, który refunduje państwo. Jeśli leku nie ma, a inne, zamienne preparaty są droższe, to nie państwo, lecz pacjent dopłaca różnicę między ceną droższego leku a limitem.
Paweł Szwiertnia ze Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA uważa, że do dziś nie wiadomo, jakimi kryteriami kieruje się ministerstwo, wpisując na listy refundacyjne konkretne leki. Zdaniem dyrektora INFARMY ten stan rzeczy jest sprzeczny z unijną dyrektywą o transparentności. Nakazuje ona bowiem opierać refundację na obiektywnych kryteriach, które powinny obejmować też opinie niezależnych ekspertów.
Źródło: Magazyn "Bez recepty"
powrót
|